8 listopada 2008
Odyseja kosmiczna 2001: Małpy w kosmosie
- Odyseja kosmiczna 2001
- Stanley Kubrick
Na filmie wygląda to jeszcze gorzej
Wielu krytyków uważa „Odyseję kosmiczną” za arcydzieło. Jako absolwent kulturystyki, postanowiłem obejrzeć ten film, by przekonać się, czy mają rację. Nie mają! Jest to film nudny jak flaki z olejem, w którym prawie nikt nic nie mówi i nic się nie dzieje. Przez dwie godziny giną tylko dwie osoby i jedną z nich jest małpa!
W pierwszej scenie widzimy stado małpoludów. Myślę sobie: „Fajnie, przynajmniej się dowiem, jak żyli nasi pradziadkowie”. Ale reżyser widocznie nie chodził na historię, bo nie wiadomo skąd pojawia się jakiś czarny kloc i małpy dostają szału. Jednak ledwo co zaczynają ze sobą walczyć i robi się ciekawie, scena się kończy! Kimkolwiek jest reżyser tego filmu, nie ma on pojęcia o budowaniu napięcia.
Później jest tylko gorzej. Dwa tysiące lat później Amerykanie odkrywają taki sam kloc na księżycu. Myślę: „No, teraz się zacznie prawdziwa akcja i będą ze sobą walczyć jak małpy”. Mogłaby to być całkiem niezła scena, bo w przeciwieństwie do małpiszonów, astronauci posiadają zaawansowaną technologię unicestwiania przeciwnika i mogą znać sztuki walki, które w kosmosie wyglądałyby super. Ale żadnej walki nie ma – mówią tylko, że polecą na Jowisza. Zmarnowana scena!
Tak więc dwaj goście lecą na Jowisza, sami chyba nie wiedząc po co, ale psuje im się komputer, który zaczyna szaleć i zamienia się w mordercę. Znów miałem nadzieję, że obejrzymy ciekawą akcję, jak w „Resident Evil”, gdzie komputer kroił ludzi laserami. Nic z tego! Komp puszcza tylko jednego gościa w kosmos i nic poza tym. Kolejna scena do bani!
Późniejszych scen nie będę w ogóle opisywał, bo są tak bez sensu, że przysnąłem podczas ich oglądania, a jak się obudziłem, leciał już inny film, z jakimś dziadkiem w pokoju hotelowym.
Podsumowując, jeśli to ma być dzieło, to ja się nie znam na kinie. Mimo że film posiada potencjał, reżyser kompletnie nie umiał go wykorzystać. Gdyby kloc pojawiał się w różnych miejscach świata, wywołując niepohamowaną agresję, mielibyśmy niezłe kino akcji. A tak mamy film prawie tak nudny, jak wizyta w bibliotece. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, by pisać na jego podstawie książkę.
Poza tym, jak na film z 2001 roku, jest on strasznie słabo zrealizowany.
Jarosław Szrot jest absolwentem kulturystyki w Wyższej Szkole Agroturystyki i Makijażu w Internecie. Tematem jego pracy magisterskiej był „Motyw złamanej ręki w twórczości Stevena Seagala”.