Zgłaszają się kolejne
ofiary grafomana

Pięć lat za kratkami grozi Marcinowi K. za dręczenie znajomych wierszami. Jego delikatny temperament zmuszał ich do lajkowania, by nie zranić. Na towarzyskich spotkaniach wypytywał ich o ulubione fragmenty swych utworów i powody, dlaczego właśnie one. Jak ktoś się okazał słabo przygotowany, zabierał na bok i recytował ostatnio napisane. Otrzymawszy na koniec komplement, dawał godzinę na przemyślenia. Gdy jego amator wdał się w tym czasie w rozmowę, przeżywał zawód i prosił gości o pójście do domu, by podyskutować z nim jeden na jeden. Kiedy zostali już tylko oni, wręczał mu tomik i robił trwające całą noc omówienie swojej twórczości, podczas którego odsłaniał się przed nim i płakał, a niekiedy także rozbierał do naga.